niedziela, 14 lipca 2019

BIEGUN PÓŁNOCNY ZIEMI KŁODZKIEJ




         Czasem zachodzi konieczność sklecenia trasy na szybko, ponieważ pomysł o niezaplanowanej wycieczce wpada do głowy późno i znienacka. Zwłaszcza późność podjęcia takiej decyzji powoduje, że musi to być blisko a trasa niezbyt długa. I właśnie ten trip jest efektem takiego spontanicznego podejścia, dlatego też tereny, po których się poruszałem nie były szczególnie wyszukane, ale powszechnie znane - rzekłbym -  aż do bólu.
   Jako wielbiciel ziemi kłodzkiej lubię wyszukiwać w mapie znajdujące się na niej miejsca szczególne. I nie chodzi tu o ich piękno, walory widokowe czy przyrodnicze, ale o wyjątkowość. Są to miejsca jedyne w swoim rodzaju, bo są po prostu naj. I między innymi do dwóch takich miejsc jest ta wycieczka.
   Przełęcz Sokola często bywa punktem wyjścia na Wielką Sowę, ponieważ jest tu dużo miejsc parkingowych, zaplecze gastronomiczne oraz jest stąd najdogodniejsze wejście na górę. Przebiega tędy granica pomiędzy powiatami kłodzkim i wałbrzyskim, Sokolcem i Rzeczką.

     Nie idę szlakiem po asfalcie w stronę schroniska "Orzeł", lecz odbijam na szutrową drogę określoną w niektórych mapach jako Srebrną Drogę. Na jednej z przedwojennych map wyczytałem dla niej nazwę Brücken Weg. Podchodzę nią coraz wyżej a z każdym metrem odsłaniają się przede mną dalsze widoki, gdzie na horyzoncie ledwo widoczna przy pochmurnej pogodzie Borowa a bliżej Włodarz, Jaworek i Moszna.

    Na widoczki można by także liczyć w okolicach Średniej Góry, ale tego dnia w wyższych partiach akurat ta opcja była niedostępna.

     Idąc nietypowym, bo fioletowym szlakiem i podziwiając tylko najbliższe drzewa, docieram do skrzyżowania z odchodzącą w lewo Drogą Gwarków (daw. Quarkstein Weg). Na główny grzbiet prowadzi nadal Srebrna Droga, którą przecina kilkoma strugami Srebrna Woda (daw. Silber Wasser) a jej źródła są nieopodal na stoku. Co ciekawe, cały ten źródliskowy obszar poniżej grzbietu, na zachodnim stoku Wielkiej Sowy, nazywany był dawniej Jablunken. Obecnie w mapach w tym miejscu widnieje nazwa Jabłonki. Jeszcze ciekawsze jest to, że w Rozporządzeniu Ministra Administracji z 1949 roku znajduje się nazwa Jablunken Berg w Górach Sowich z wysokością 972 m n.p.m., która została zmieniona na Jabłonkę. W starych mapach, właśnie miejsce o kocie 972 jest tym, do którego zmierzam, ale także Mała Sowa ma podobną wysokość a nie jest w ogóle ujęta w tym rozporządzeniu. W starych "Messtischblatt" - o dziwo - również próżno szukać Kleine Eule.

    Po dojściu do Cesarskiej Drogi (daw. Kaiser Weg) ze szlakami żółtym i niebieskim oraz przejściu nią niecałe dwieście metrów w stronę Wielkiej Sowy, docieram do najdalej na północ wysuniętego punktu ziemi kłodzkiej. Niby miejsce wyjątkowe, ale jakieś nieszczególne.

    Obecnie jest tu trójstyk trzech powiatów: wałbrzyskiego, dzierżoniowskiego i kłodzkiego oraz oczywiście trzech gmin. Dawniej łączyły się tutaj włości trzech rodów a dowodem tego był ustawiony w 1804 roku kamień, tzw. Dreiherrenstein (Trójpański Kamień, Pański Kamień) z inskrypcjami na bokach, określającymi tychże właścicieli a byli to: Hochbergowie, Sandretzcy i Stillfriedowie. Niestety po kamieniu nie ma śladu, choć podobno jeszcze jego resztki były tu w latach 90-tych ubiegłego wieku.

    Zaliczyłem zatem "biegun północny" i szkoda tylko, że nie wpadł ktoś na pomysł postawienia tu na nowo czegoś (mam na myśli innego kamienia), co przypominałoby o wyjątkowości tego miejsca.

    Niecałe sto metrów dalej znajdują się ruiny dawnego wojskowego schroniska narciarskiego 7 pruskiego pułku piechoty, które jednak nie służyło tylko wojskowym, było ono udostępniane także cywilom.

    Nie mogło na mojej drodze zabraknąć Wielkiej Sowy, która na pewno jest miejscem spotkań i zabawy.

    Oj, pamiętam czasy, kiedy wierch Wielkiej Sowy nie był tak upstrzony. Nie było kaplicy ani muflona, skądinąd bardzo sympatycznej drewnianej rzeźby.

    Nie było dużej jadalni pod chmurką ani kiosko-baru.

    Wieża była w stanie wymagającym remontu, ale jej kolor nie zdradzał nadto takiej potrzeby, podczas gdy dziś, kilkanaście lat po remoncie, widok odpadającego tynku nie dodaje jej splendoru.

     Nie mam jednak zamiaru nikogo przekonywać, że kiedyś było lepiej. Po prostu kiedyś było inaczej. Jeśli ktoś lubi góry w licznym gronie i miejsca, gdzie dużo się dzieje, to Wielka Sowa jest dla niego. Ten szczyt jest wręcz przygotowany pod huczne zabawy. Ja wolę bardziej kameralne klimaty.

    Przebiegająca przez wierzchołek Cesarska Droga stanowi granicę pomiędzy powiatami, ale także gminami: Pieszyce i Nowa Ruda. I właśnie po południowej stronie drogi znajduje się najwyżej położony punkt gminy Nowa Ruda wynoszący prawie 1014 m n.p.m. I to jest drugi element "naj ziemi kłodzkiej" podczas tej wycieczki.

    Z góry schodzę szlakami w kierunku schroniska "Sowa", które dawniej nazywało się Eulenbaude a po wojnie Dom Wypoczynkowy "Marysieńka". I pamiętam "Marysieńkę", gdy pierwszy raz wchodziłem na Wielką Sowę od Sokolca zielonym szlakiem. Stała wówczas opustoszała, podobnie jak położona nieco niżej "Zosieńka".

   Eulenbaude był tylko jednym z wielu budynków przysiółka Eulenburg, zwanym również Euledörfel a po wojnie po prostu Sowa. Zabudowania biegły prawym zboczem doliny potoku Eule, dziś bezimiennego. Obiektów turystycznych znajdowało się tu więcej, ale obecnie już pozostało niewiele po nich śladów, jednak idąc od skrzyżowania przy "Sowie" zielonym szlakiem, można jeszcze dostrzec to, co się ostało. Dom Wypoczynkowy "Zetemesowiec" przed wojną był schroniskiem młodzieżowym "Wielka Sowa" (Jugendherberge Hohe Eule).

    Dom Wypoczynkowy "Zosieńka" także należał po wojnie do Funduszu Wczasów Pracowniczych, lecz  po przemianach ustrojowych i pozbyciu się go przez FWP, nie miał tyle szczęścia co "Marysieńka" i nikt nie zainteresował się obiektem.

    Budynek jest zamknięty i zabezpieczony przed nieautoryzowanym wejściem, więc nie próbowałem zaglądać do środka, aby zobaczyć, w jakim stanie jest wnętrze.

    Obydwa domy stoją blisko siebie na niedużej polanie a wokół same wysokie drzewa. Jednakowoż na starych fotografiach widać, że dawniej te tereny były znacznie mniej lesiste i widoki okolicy dzięki temu mogły bardziej przypadać do gustu.

    Kolejnym znanym obiektem turystycznym był Müllernaxbaude, późniejszy DW "Lucynka". Podobno było to jedno z piękniejszych schronisk w Sudetach a jego właścicielem był - jak wskazuje nazwa - Maximilian Müller. Niestety z tej budowli niewiele przetrwało po dziś dzień, jedynie resztki murów w zaroślach.

    Po II wojnie światowej Müllernaxbaude przejął w ramach FWP zakład ze Szczecina i niestety w latach siedemdziesiątych XX wieku doprowadził do ruiny. Pozostał po nim relief w ziemi przedstawiający herb Szczecina, dzielący miejsce z innym herbem, prawdopodobnie Bytomia.

    Po wyjściu na nieco bardziej otwartą przestrzeń ukazują się widoki, które były codziennością w dawnej Euldörfel, czyli doliny potoków Eule i Schwarzwasser oraz ich przeciwległe zbocza. Po drugiej stronie doliny potoku Schwarzwasser jest Grafenstein (Grabina) z Fuchssteine (Lisimi Skałami) na stoku.

    W tej dolinie zachowało się najwięcej zabudowań Sowy. Mało tego, niektóre się rozbudowują i powstają przy nich nowe architektoniczne arcydzieła. To mi wygląda na konstrukcję wspinaczkową.

    Zbliżając się do Sokolca mijam jeszcze nikłe ruiny budynków, w których mieszkali "Sowianie". I chociaż życie w takim miejscu do łatwych pewnie nie należało, to chociaż widoki z okien mieli konkretne.

    Zielony szlak ucieka do Sokolca, ale jest dróżka idąca dalej i trawersująca stok Sokolicy, będąca ułatwieniem dojścia do Przełęczy Sokolej.

    Przy tej drodze zachował się stary mur oporowy.

    I widoczek ze stoku Sokolicy na Sokoła.

    Od Przełęczy Sokolej na południowy wschód odchodzi dolina, w której wybudowano wiele nowych domów, ale trudno się dziwić, gdyż miejsce jest atrakcyjne, bo z widokami. Nawet jedno z tutejszych gospodarstw agroturystycznych  nosi nazwę "Dolina Widoków". Inny, znajdujący się tutaj nazywa się "Podgórska Odskocznia" i znajduje się u stóp dawnej skoczni narciarskiej, która kiedyś stała na zboczu tej doliny.

    Dużo podczas tej wyprawy było nawiązań i porównań do czasów niemieckich na tych ziemiach, ale taka jest ich historia, przed którą trudno uciec a nawet nie wypada, bo po prostu jest ciekawa. A ja ponownie melduję się na Przełęczy Sokolej i kończę krótką, ale bogatą, kolejną sudecką przechadzkę.


6 komentarzy:

  1. cudowne te mgły, a chałupinki urocze, szkoda że zamieszkanie w takiej jakiejś, to jest jak fantazja z krainy bajki na krawędzi szaleństwa :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Te "chałupinki" są do zagospodarowania i jeśli znalazłby się chętny z workiem pieniędzy, to z pewnością mógłby tam zamieszkać, bądź stworzyć urocze schronisko.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja lubię docierać do tych samych miejsc z różnych stron. A co do na szybko kleconych tras - zdarza mi się. Wszystko zależy bowiem od mojego stanu w danym dniu. Bywało już tak, że szłam posiedzieć nad Panczavą, a docierałam do Petrovki na przykład. ;)
    Fioletowy szlak... Tego jeszcze nie widziałam!
    Fajna pogoda. :)
    A wieża w takiej mgle to już w ogóle zjawiskowo wygląda.
    Smutne są takie opuszczone ośrodki...
    Ale widoki super! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Także lubię różnorodność, jeśli chodzi o trasy i staram się w miarę możliwości urozmaicać nimi sobie dotarcie w miejsca docelowe, bo - jak wiedzą wszyscy wędrowcy - sama droga jest celem.
      Ten fioletowy szlak to taki lokalny folklor, ale dość oryginalny. Wiedzie od Przełęczy Sokolej do Przełęczy Walimskiej omijając szczyty a jego długość to około ośmiu kilometrów.
      Letnie mgły w górach mają swój niepowtarzalny urok i kilka razy miałem sposobność trafiać na takie warunki pogodowe. Widoków brak, ale jest klimat.
      Żal tych starych budynków, niestety to nie jedyne takie w Sudetach.

      Usuń
  4. Fajnie że wreszcie coś wrzuciłeś. :) Bardzo ciekawa wycieczka. Mnie osobiście mocno urzekły sowiogóskie ścieżki, enklawy spokoju i uroczyska. Oczywiście to przeciwny biegun pasma, niż zadeptywana Wielka Sowa, okolice Sokolca czy Włodarza. Przysiółek Sowa musiał mieć niegdyś w sobie ogrom uroku. Choć i dziś okolica (mimo że mniej widokowa), nadal jest atrakcyjna. "Zosieńka" i "Zetemesowiec" od dawna są ponoć w rękach prywatnych, ale nie widać nawet najmniejszej chęci ze strony właściciela, by cokolwiek tu zmieniać. Koślawość i patologia prawna polega na tym, że ciężko jest w podobnych przypadkach ponownie odzyskać jakąkolwiek nieruchomość. Chyba jednym z najbardziej znanych i haniebnych przykładów tego typu w Sudetach, jest bierność władz samorządowych wobec powolnej śmierci zamku w Ratnie Dolnym.
    Wracając do wieży na Wielkiej Sowie, to jestem mocno zdziwiony (i zasmucony) faktem, że w przeciągu pięciu lat, zaistniały tak rażące zmiany w jej stanie fizycznym. Czyżby kolejny remont, którego główną ideą miała być jak największa minimalizacja kosztów?

    Pozdrowionka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Górach Sowich pewnie można jeszcze znaleźć zaciszne, pozornie nieatrakcyjne miejsca, ale to już rzadkość. To, co się działo z Wielką Sową na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat, jest najlepszym przykładem kierunku, w jakim zmierza szeroko pojęta turystyka. Z kolei na przykładzie osady Sowa widać stosunek różnych systemów do turystyki. W połowie XIX wieku zaczęła się intensywnie rozwijać. Chałupy z tkackich przeistaczały się w pensjonaty, karczmy, powstawały towarzystwa turystyczne, wieże widokowe, szlaki. Ten rozwój, trwający do II wojny światowej, był efektem zapotrzebowania ludzi na rekreację. Po wojnie nowy system sprowadził turystykę do nic nieznaczącej dziedziny gospodarki, bo liczył się przede wszystkim przemysł, choć trudno się dziwić, gdyż po wojnie trzeba było zająć się odbudowywaniem kraju a nikt nie myślał o rekreacji. Zamiast wykorzystać przejęty potencjał, zaniedbywano go. Z czasem zaczęto dostrzegać znaczenie turystyki i coś zaczęło się dziać, ale skala tego nie była znacząca. Turystyka, szczególnie ta górska, piesza, była fanaberią kojarzoną głównie ze środowiskiem studenckim i harcerskim. Jednak największa patologia odbywała się w latach 90-tych i na początku XXI wieku. Sprzedawano wówczas wszystko za bezcen, pozbywano się wręcz za darmo, zamykano linie kolejowe i inne połączenia komunikacyjne, co często doprowadzało do ruiny. Dziś na nowo trzeba wszystko odbudowywać, niekiedy jest już za późno a to, co nowego powstaje dla współczesnego turysty, jest nastawione na maksymalne zyski. Czasami, jacyś pasjonaci, pamiętający okres, gdy brać turystyczna była swego rodzaju bohemą, stworzą coś klimatycznego, przepojonego jakimś dawnym duchem, ale to kropla w morzu potrzeb dla szukających w górach czegoś więcej niż tylko dobrej zabawy.

      Usuń