Pokazywanie postów oznaczonych etykietą granicznik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą granicznik. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 maja 2021

BARTNICA - TRÓJPAŃSKI KAMIEŃ - GÓRA ŚW. ANNY

 


     Ta wycieczka jest początkiem mojego nowego projektu pod nazwą Terra Glacensis, który - jak można się domyślić - dotyczy ziemi kłodzkiej, w granicach powiatu. Jednym z elementów tegoż, jest marsz przez tereny ziemi kłodzkiej, podzielony na etapy, w którym zaliczam wcześniej ustalone punkty na mapie. Są to najwyżej położone miejsca poszczególnych gmin/miast, które połączyłem ze sobą tworząc trasę. Tych miejsc jest tyle, ile jednostek administracyjnych, czyli 14 i dodałem do tego również skrajne punkty ziemi kłodzkiej, tak więc zrobiło się ich 18 a dodając istotny punkt początkowy oraz jeszcze dwa inne ważne miejsca to nawet 21. Ze względów logistycznych, moje poszczególne wycieczki są dłuższe niż zaplanowane odcinki, dlatego też będą one publikowane tradycyjnie w "Sudeckich Przechadzkach", natomiast połączone etapy "K21" znajdą się w zakładce "Terra Glacensis".


Szynobusem KD dotarłem do Bartnicy, gdzie wysiadłem na stacji znajdującej się administracyjnie właściwie w Świerkach. Przez chwilunię jeszcze pobyłem w Górach Sowich, ale przekraczając Bystrzycę znalazłem się w Górach Kamiennych. Obieram kierunek na Leszczyniec, który widać już z daleka a jest pierwszym ważnym miejscem wyprawy.

    Idąc polną drogą po północnej stronie Złotego Potoku, meandrującego po polach i łąkach, jestem w powiecie wałbrzyskim. Dopiero na Leszczyńcu wstąpię na ziemię kłodzką, ale już na drodze krajowej 381 widzę tego zapowiedź.

     Wylazłem na grzbiet graniczny i staję przed historycznym obiektem na trójstyku granic. Trójpański Kamień jest kamieniem granicznym ustawionym w 1732 roku w miejscu łączenia się dóbr trzech właścicieli tychże ziem. Dla mnie jest to symboliczne miejsce startu hybrydowego marszu dookoła ziemi kłodzkiej.

    Z Leszczyńca trudno jest o jakieś szersze krajobrazy, ale coś tam się zdarza. Na pierwszym planie pobliska Źródlana, natomiast horyzont zamyka Borowa w towarzystwie Kozła, Suchej, Jałowca i Jedlińca. 

    Ruszam na południe i ogólnie ten kierunek będzie głównym aż do Przełęczy Międzyleskiej. Za mną pierwszy punkt programu, następnym jest najwyższe miejsce Nowej Rudy, czyli Góra Wszystkich Świętych, lecz po drodze jeszcze kilka, ciekawych moim zdaniem, miejsc. Ażeby nie iść ciągle utartymi szlakami, schodzę od razu z Leszczyńca wschodnim stokiem, skąd widać więcej niż z grzbietu. Góry Sowie m.in. z Sowami i Grabiną.

    Schodząc, przechodzę obok zarośniętego wyrobiska dawnego kamieniołomu. Trudno przez chaszcze dostać się nad urwisko, aby co nieco zobaczyć i dodatkowo nie spaść.

    Docieram do Bartnicy, jej górnej części, po to, aby zobaczyć źródło Bystrzycy. Góry Suche zawdzięczają swą nazwę pewnej cesze, a mianowicie są ubogie w wodę, zatem każde źródło na ich terenie jest rarytasem. A do tego Bystrzyca to nie jakiś tam potok, ale poważna rzeka.

    To tutaj wypływa na powierzchnię woda, która płynie przez dolnośląskie miasta i wsie, by po 101 kilometrach, wpaść za Wrocławiem do Odry.

    Nad Bartnicą, a w zasadzie nad Wrześnikiem, znajdują się pola i łąki, którymi wiedzie dróżka a skąd są piękne widoki na Góry Sowie i Wzgórza Włodzickie. Oczywiście pierwsze skrzypce grają Sowy i Grabina.
 
     Jest również Włodzicka Góra, której jednak nie mam na swej zaplanowanej trasie. Musi mi wystarczyć jej profil z daleka.

    Ta miła widokowa dróżka zawiodła mnie do Granicznika (daw. Markgrund), gdzie znajdują się ruiny XIX-wiecznej kapliczki. Patrząc na nieliczne zabudowania Granicznika, aż trudno uwierzyć, że niegdyś w wiosce było około 40 domostw. 

    Budynek niszczeje i nic nie wskazuje, aby w przyszłości coś się zmieniło w tym temacie.

    Z Granicznika, przez lasek, nogi zawiodły mnie nad zalane wyrobisko nieczynnego kamieniołomu w Świerkach. Widoki stamtąd, dopełnione słonecznym blaskiem mówią, że warto było się tu znaleźć.

    Idąc obok jeszcze starszych wyrobisk kamieniołomu w stronę Dworków, zostałem zaatakowany przez psa w typie owczarka niemieckiego, który z pobliskiego gospodarstwa sunął w moją stronę niczym torpeda, nie bacząc na nawoływanie swego właściciela. Na szczęście kolejny raz przydatne były kije trekkingowe, które okazały się zaporą dla napastnika i obyło się bez jakichkolwiek obrażeń po obu stronach. Po oszczekaniu mnie pies wrócił na własne podwórko a ja kontynuowałem wycieczkę, docierając nad wieś Dworki. Po jej jednej stronie przygraniczna góra Głowy (daw. Hainkoppe).

    Po drugiej zaś Włodzicka Góra i Pisztyk. Ta pierwsza od tej strony taka do siebie niepodobna.

    W Dworkach wchodzę na asfalt przy mostku, pod którym przepływa Włodzica, rzeka będąca niejako granicą pomiędzy Górami Suchymi a Wzgórzami Włodzickimi.

    Droga biegnie jeszcze po stronie Suchych i niestety kilometr będę musiał podążać asfaltem, na szczęście ruch samochodowy jest tu minimalny. Z pewnością stan nawierzchni, pozostawiający wiele do życzenia, ma niebagatelne znaczenie dla kierowców, którzy chcą sobie skrócić drogę np. w Góry Stołowe. Zawieszenie płacze. Na końcu wioski a właściwie na początku następnej, droga ma swój punkt kulminacyjny i z tego miejsca można podziwiać dalsze krajobrazy.

    Najbardziej w oczy rzuca się najodleglejszy obiekt a jest nim Śnieżnik, jeszcze ze śnieżnym łupieżem na głowie.

    Zszedłszy z asfaltu na polną drogę, przeszedłem przez coś w rodzaju przełęczy i tym sposobem znalazłem się we Wzgórzach Włodzickich podchodząc pod Pardelówkę, drugi co do wysokości wierzchołek Włodzickich. Z zachodniego stoku widoczek m.in. na Waligórę, Turzynę, Jeleniec i Borową.

    A oto i zalesiony wierch Pardelówki, którego tym razem nie będę zdobywał, gdyż wiem, że nic istotnego tam nie ma, zatem ominę go bokiem.

    Z południowego stoku widoki równie sympatyczne, jest oczywiście Śnieżnik i jego masyw, ale także Sowie, Bardzkie, Złote i Bystrzyckie, nie pomijając najbliższych, zieloniutkich Włodzickich.

    Bytkowice, przysiółek Krajanowa i tu przydrożny krucyfiks. Wykonany z piaskowca, nie wiedzieć czemu pobielony jakiś czas temu.

    W Bytkowicach wchodzę na grzbiet i nagle świat wokół robi się niesamowity. Przestrzeń zachwyca. Po jednej stronie Bystrzyckie, Orlickie i Stołowe.

    Z drugiej strony Sowie.
 
    Przed sobą mam Czerwień, Sokoli Garb, Górę św. Anny i Krępiec a na horyzoncie Śnieżnik.

    Moja trasa dalej wiedzie przez Sokoli Garb. Z wycieczki sprzed siedmiu laty, w pamięci utkwiła mi rosnąca tutaj ekscentryczna brzoza. Jest ona tu nadal i ma się dobrze.

    Teraz czeka mnie zejście do Włodowic, które z tej perspektywy obserwuję po raz pierwszy i jest to piękna perspektywa. Widać stąd południowy kraniec Gór Suchych z Gajem, Wzgórza Ścinawskie ze Ścinawką, Góry Stołowe i Góry Orlickie z Wielką i Małą Desztną oraz Orlicą.

    We Włodowicach muszę przejść na drugą stronę Włodzicy i czynię to przy kościele św. Piotra Kanizjusza. Jeszcze kilka chwil wcześniej obserwowałem wąską nitkę początkowych metrów tej rzeki a teraz już przechodzę nad nią ledwie kilka kilometrów od ujścia do Ścinawki.

    Po chwili wspinaczka na Krępiec z przecięciem linii kolejowej pod wiaduktem. 

    Pomiędzy Krępcem a Góra św. Anny jest przełęcz, gdzie znajduje się kościół św.Anny. Pamiętam, że jeszcze kiedyś przy murze go okalającym, rosły drzewa.

    I wreszcie szczyt góry zwieńczony wieżą widokową. Zbudowana w 1911 roku, ponownie udostępniona turystom w 2014, po mrocznym okresie bycia wieżą przekaźnikową.

    Na szczęście teraz wieża robi to, do czego jest przeznaczona, czyli pokazuje spragnionym doznań estetycznych turystom, okoliczne, jak i dalsze krajobrazy. Góry Stołowe z ich znakiem rozpoznawczym.

    Pobliski Krępiec, za nim po prawej widoczna Wysoka w Górach Suchych a w oddali Ruprechtický Špičák, Turzyna i Jeleniec.

    Góry Sowie: Sokół, Mała i Wielka Sowa, Grabina, Rymarz, Słoneczna, Kalenica, Popielak.

    Góry Bardzkie i Masyw Śnieżnika a na pierwszym planie Góra Wszystkich Świętych z wieżą widokową.

    Ta ostatnia będzie następnym punktem programu, ale dopiero podczas kolejnego etapu.

    Na ten raz wystarczy kilometrów, więc schodzę do Nowej Rudy na pociąg. To była jedna z niewielu wycieczek, na której nie musiałem robić pętli.

    W sumie ok. 21 km.
 




    





niedziela, 20 września 2020

SZPICZAK 2020

 


      Od bodaj dekady, rokrocznie w marcu, miałem w zwyczaju wyruszać na wycieczkę w poszukiwaniu oznak wiosny. Moim celem zawsze był Ruprechtický Špičák, głównie ze względu na wieżę widokową, skąd mogłem obserwować ogromne przestrzenie wokół siebie. Tego roku jednak tak się nie stało, ponieważ turystyka piesza w tym okresie została mocno ograniczona a wejście do lasu wręcz zabronione. Nie chcąc uprawiać partyzantki odpuściłem i przeczekałem ten czas. Wróciwszy później na łono natury już nie myślałem o Szpiczaku a o innych, bardziej nieznanych mi miejscach w górach. Aż do września, kiedy pomyślałem sobie, że skoro nie powitałem oficjalnie tegorocznej wiosny, to chociaż pożegnam lato. Na Szpiczaku się rozumie.
     Krótki trip po okolicy rozpocząłem na krańcach Łomnicy w dawnym przysiółku Radosna. O godzinie dziesiątej miejsce parkingowe było już dobrze nabite, ale sporo tu grzybiarzy. Mnie zbieractwo nie interesuje więc plecak na garba, kijki w dłoń i podchodzę doliną ze szlakiem rowerowym.

    Osiągam grzbiet graniczny pod Javorovým vrchem, skąd rozchodzą się szlaki. Przy niebieskim, wchodzącym łagodniej na ten wierch od czeskiej strony, znajduje się symboliczny grób Iva Hradeckého. Kim ów był, niestety nie wiem.

    Wierzchołek Javorového vrchu jest po czeskiej stronie, ale nie ma tam nic ciekawego i jest mocno zarośnięty. W polskich mapach i wielu publikacjach stosuje się wobec niego nazwę Płoniec, co jest błędne, ponieważ Płoniec jest następną górą na granicznym szlaku.

    To Široký vrch jest Płońcem, ponieważ tak go nazwano po wojnie i ogłoszono to w Monitorze Polskim z 1949 roku. Pod pozycją 351 znajduje się Plautzen Berg z wysokością 842 m i został przemianowany własnie na Płoniec. Poprzednia góra, czyli Javorový vrch, przez Niemców pokazana w mapach jako dwuwierzchołkowa, nazywana była Spalten Berg i polskiej nazwy nie posiada.

    Za to Płoniec posiada walor widokowy, może niezbyt rozległy, ale zawsze to coś; Waligóra, Klin, Turzyna.

    Następna górka to już cel tek krótkiej wycieczki. 

    Na pierwszy rzut oka nie widać nikogo na wieży ani na wierzchołku, ale nie ma się co na zapas podniecać. Pogoda jest ładna, więc nie ma bata, by kogoś na tę górkę nie zawiodło.

    No i miałem rację, na górze nie byłem sam. Na szczęście dysponując wolnym czasem i nie spiesząc się nigdzie, mogłem usiąść na ławce i cierpliwie czekać, aż ci na szczycie nasycą się pięknymi widokami do woli. Tymczasem obserwowałem muchę na słupku geodezyjnym, która broniła tego nagrzanego od słońca terytorium, przed inną dolatującą co chwilę do niej, celem zagarnięcia siłą tej atrakcyjnej posiadłości. Fascynujące.

    I wreszcie nadszedł czas, kiedy platformę widokową na wieży miałem tylko dla siebie. Widoczność świetna, choć do ideału jeszcze trochę brakuje. Wszystko, co się pojawia wokół na horyzoncie, ale także w bliższej okolicy, wielokrotnie opisywałem w swoich relacjach z wizyty na Szpiczaku. Ale co mi tam. Na wschodzie "radosna" dolina pomiędzy Dzikimi Turniami a Kościelcem i Płońcem, jest Jeleniec i Gomólnik Mały, widać kawałek Głuszycy i na końcu Sowie z Włodarzem, Małą i Wielką Sową a także jeszcze dalej zaplątana w chmury Ślęża.

    Przecudnej urody osiedle w Głuszycy.

    Bardziej na południe Płoniec (Široký vrch), widoczne są też m.in. Włodzicka Góra, Kalenica, Żmij, Popielak, Szeroka, Malinowa, Gołębia.

    Hen na horyzoncie widać Śnieżnik a bliżej trochę Stołowych.

    Ruprechtice.

    Suchy kwartecik: Włostowa, Kostrzyna, Suchawa, Waligóra.

    Karki i Mieroszów w dole.

    Naładowany zacnymi obrazami ruszyłem w dalszą drogę, na pobliski Granicznik. Kiedy tu ostatni raz byłem, roślinność zdawała się być niższa. Ale Szpiczaka jeszcze widać z wierchu.

     Będąc na Graniczniku, najczęściej dalsza droga wiodła przez Dzikie Turnie szczytami. Tym razem postanowiłem przejść trawersem po północnym stoku. Wąska ścieżka poszerzała się z dystansem, aż stała się nagle szeroką leśną drogą, z której chwilami można ujrzeć coś w oddali; Waligóra i Klin.

    Gomólnik, Turzyna, Jeleniec, Warzecha.

    Powód, dla którego poszedłem akurat tą drogą, napotkałem w dalszej trasie. To skałki, których nigdy nie widziałem, choć przez Dzikie Turnie przechodziłem wiele razy. Zawsze mnie intrygowało skąd ten cały grzbiet wziął swoją nazwę i nawet kiedyś ktoś zasugerował w komentarzu pod którymś moim postem, że te turnie (zaznaczając, iż wyglądem jednak daleko im do turni) znajdują się na północnym stoku. Więc oto i jestem przy nich. 

    Oczywiście skały te nie posiadają i nigdy nie posiadały żadnej oficjalnej nazwy (nawet za Niemca). Być może okoliczni jakoś na nie mówili, ale trudno to stwierdzić. Ktoś natomiast, na pewno nazwał ten kilkuwierzchołkowy grzbiet Dzikimi Turniami, możliwe że zasłyszaną nazwą lub owe skałki przywiodły mu na myśl znane już sobie podobne. Tak czy owak to są jedyne skały w tej okolicy.

    Ponieważ skałki zobaczone, postanowiłem jednak wdrapać się na wierch ostatniego z wierzchołków, na którym pamiętałem, z dawnych wycieczek, ambonę z możliwościami widokowymi. Stoi ona nadal i ma się świetnie.

    Za to walor widokowy jest o wiele potężniejszy niźli go pamiętam sprzed kilku lat. Ewidentnie sporo tu wycięto, ale za to widać Włodarza, Małą i Wielką Sowę a także Ostoję i Raroga. Bardzo rzuciło mi się w oczy, w ciągu kilku ostatnich lat, że coraz więcej jest wycinek, drogi rozorane, ogólnie w lasach robi się syf a wędrówka nimi miast sprawiać przyjemność, staje się torem przeszkód.

    I zejście już do Radosnej z widokiem na Javorový vrch i Płoniec (Široký vrch).

    8 km.