niedziela, 15 października 2017

BIALSKIE NIEBOTYKI



     Niebotyk to słowo zaproponowane przed II wojną światową w konkursie na inną nazwę drapacza chmur. Dziś używane jest w środowisku architektonicznym właśnie do określenia wysokich budowli, a że w Górach Bialskich jedynymi drapaczami chmur są naturalne wzniesienia, toteż użyłem tego terminu w odniesieniu do nich, najwyższych szczytów tego pasma. Te niebotyczne sięgają ponad 1000 m n.p.m. i jest ich kilkanaście. Podczas tej wycieczki zaliczyłem pięć najwyższych, w sumie zdobyłem ich dziesięć a wszystkie dla Ewelinki w ramach wsparcia fundacji Siepomaga. Pierwotnie wyprawa miała się odbyć tydzień wcześniej, ale termin 7 października kolidował z akcją "Różaniec do granic" a moja trasa w dużej mierze przebiegała wzdłuż granicy, więc przesunąłem wycieczkę na następny weekend nie chcąc wchodzić w interakcję niezogniskowaną.
   Jak Bialskie to oczywiście Bielice. Na krańcu, przy leśniczówce samochodów dużo, ale co się dziwić, pogoda słoneczna i do tego kolorowa jesień. Nic tylko w góry, nogi same niosą.

     Względnie nowym szlakiem w tej okolicy jest niebieski wiodący od leśniczówki właśnie, wzdłuż Białej Lądeckiej aż do chaty Paprsek w Czechach. Nim też się zabieram.

    Barwy, śpiew ptaków, szum wody, słońce... idealnie. Tuż przed dawną osadą Nowa Biela potok Bielawka (Schwarze Biele)  wpada do Białej Lądeckiej (Weisse Biele).

    Jedna przydrożna tablica zwróciła moją uwagę i przyznam, że zdumiała, bo dla mnie to jakieś kuriozum, by informować społeczeństwo o rzeczach oczywistych. To tak jakby w filharmonii rozstawić tablicę, że nie wolno strzelać do orkiestry. Niestety źle to świadczy o naszym społeczeństwie.

    Nowa Biela (Neu Bielendorf) to dawny przysiółek Bielic (Bielendorf), ale prawie nic z niego nie pozostało.

    Wędrówka Doliną Górnej Białej Lądeckiej to prawdziwa przyjemność, chciałoby się usiąść i chłonąć całe to otoczenie, ale przecież nie można na długo zanurzyć się w bezczasie, bo wtedy mogą uciec inne zachwycające okoliczności.

    Mniej więcej na 920 m n.p.m. jest rozdroże i przede wszystkim miejsce, gdzie powstaje Biała Lądecka.

    Tutaj bowiem łączą się dwa główne cieki źródłowe, czyli Biały Spław (Weisse Biele) i Długi Spław (Lange Flössel). Sądząc z niemieckiej nomenklatury, ten pierwszy uważany był za główny.

    I właśnie w górę Białego Spławu, opuszczając szlak niebieski, wiodły dalej moje nogi. Rozglądając się bacznie szukałem dogodnego miejsca do zaatakowania pierwszej góry podczas tej wycieczki: Smrecznika. Wreszcie jest.

   Po trzystumetrowym podejściu osiągam dość rozległą wierzchowinę i próbuję znaleźć wzrokiem jakiś punkt odniesienia.

     Wśród setek choinek, najbardziej rzucającym się w oczy jest uschnięte wysokie drzewo, które uznałem za miejsce docelowe ergo szczyt Smrecznika (1095 m n.p.m.). Na mapie góra wydaje się być rozrogiem Smreka (Trójkrajnego) i tak też pewnie była uważana przez Niemców, więc chyba dlatego swojej nazwy nie miała.

    Smrecznik to piąty najwyższy wierzchołek Gór Bialskich. Ruszam dalej. Po powrocie do drogi przy Białym Spławie, docieram do miejsca, gdzie skręca ona ostro i zaczyna się Dukt nad Spławami. Stąd pod górę na wschód odchodzi dróżka, która prowadzi do granicy.

   Po kilkuset metrach ląduję na granicy, którą przebiega szlak zielony oraz żółty. Na rozdrożu U Smrku zielony ucieka na stronę czeską. Przy metalowym drogowskazie jest skrzyneczka z książką pamiątkową, właściwie zeszytem, do którego można się wpisać, co też uczyniłem.

    Jakieś dwieście metrów na północ znajduje się słupek graniczny 41/14, za którym jest ścieżynka wśród krzewów borówek.

    Doprowadza ona do drzewa z tabliczką i tym samym drugiego szczytu tego dnia.

    Smrek (Fichtlich/Fichtig) zwany Trójkrajnym to trzecie najwyższe wzniesienie Gór Bialskich z wysokością ok.1109 m n.p.m. Nie wiem skąd się wzięła wysokość 1117 widniejąca na tafelce. Według warstwicy mapy Geoportalu punkt pomiarowy jest na 1107,44 m n.p.m., ale to nie jest w najwyższej okolicy.

   Przełęcz u Trzech Granic, czyli historyczny trójstyk Śląska, Moraw oraz hrabstwa kłodzkiego, jest następnym punktem programu. Tutaj spotykam innych wędrowców a wśród nich Igę i Jacka Młynarczyków wraz z ich najmłodszym synem Szymonem. Nie chcąc się tutaj zbytnio rozpisywać, odsyłam na bloga przez nich prowadzonego KURLANDIA. Ta niezwykła turystyczna rodzinka udowadnia, iż nawet z niepełnosprawnymi dziećmi można żyć nieszablonowo.

    Od "trójmiedzy" wzdłuż granicy na zachód prowadzi tylko szlak narciarski i tymże podążaliśmy wspólnie dalej. Po około trzystu metrach na drodze stanął Brusek (Wetzstein Kamm - 1116 m n.p.m.). Na tabliczce jest 1124. Zastanawia mnie dlaczego polska nazwa góry jest transkrypcją czeskiego tłumaczenia z niemieckiego. Wetzstein to po czesku Brousek a jedno i drugie po polsku oznacza osełkę.

    Brusek to już trzeci tysięcznik zdobyty podczas tej wycieczki a pod względem wysokości jest numerem dwa. Góra wygląda jakby była kopcem usypanym z kamieni a widoki z niej wyborne.

    Šerák, Keprník, Vozka.

    Przez Bielskie Siodło docieramy w pobliże Postawnej, uważanej za najwyższy wierzchołek Gór Bialskich. Ponieważ już tu kiedyś byłem, wypatrywałem w oddali tabliczki na drzewie.

    No i dostrzegłem. Zatem należało przez borówczysko ruszyć w tamtym kierunku.

   Postawna zdobyta (1117 m n.p.m.). Dawniej nie uważano tego wzniesienia za osobny wierch, ale (przypadek Smreka i Smrecznika) za rozróg Travné hory, dlatego też nie miał własnej nazwy.

    Ciekawa sprawa jest z polską nazwą nadaną po wojnie. Travná hora miała niegdyś dwie nazwy: Wiesen Berg oraz Form Berg. Wiese oznacza łąkę, błonie, więc czeska nazwa do niej nawiązuje. Form to kształt, postać i być może tym drugim brzmieniem sugerowali się powojenni polscy eksperci od toponimii.

    Będąc skrupulatnym muszę jednak napisać, iż o ile Postawna jest najwyższym wierzchołkiem Gór Bialskich, o tyle wcale nie jest to ich apogeum, ponieważ przy słupku granicznym III/45, gdzie jest punkt pomiarowy, wysokość wynosi 1119 m n.p.m.
    Po powrocie do granicy, na wysokości słupka 45/2 dostrzegliśmy ułożoną z kamieni strzałkę wskazującą ścieżkę w stronę Postawnej. Lepiej późno niż wcale.

    Wędrując wzdłuż granicy odnosi się wrażenie jakby to był spacer po równinie, jedynie momentami odległe widoki, jak ten na Czarną Górę, przypominają, że to jednak są góry.

    Moja droga z "kurlandczykami" rozeszła się na wirażu worka bialskiego, skąd dalej pędziłem już sam. Wkrótce złapałem szlak niebieski, ale nie na długo, bo na przełęczy Pod Działem uciekł w doły. Pod Działem brzmi militarnie, ale nie o armatę chodzi.

    Dział to polska nazwa granicznego wzniesienia o wysokości 1029 m n.p.m. Czeska jego nazwa to Bílé kameny.

    Działowe Siodło to przełęcz zaraz za wzniesieniem i także miejsce, gdzie zaczyna się rezerwat Puszcza Śnieżnej Białki, czyli pierwotny las sudecki.

    Kawałek dalej szlak zielony, idący z przeciwka, skręca o dziewięćdziesiąt stopni i przeprowadza przez rezerwat. Ja, trzymając się granicy, wchodzę na następny szczyt, który w mapach widnieje jako Iwinka. Przy słupku granicznym III/50 jest punkt pomiarowy wskazujący 1077 m n.p.m., ale kulminacja wynosząca dwa metry wyżej jest gdzieś w "puszczy" kilkadziesiąt metrów od granicy.

    Tabliczka z nazwą znajduje się w okolicach słupka 50/2. Powszechnie, w każdej mapie i Wikipedii podaje się nazwę Iwinka, chociaż po wojnie oficjalnie Saalwiesen Berg przemianowana została na Iwinę. Ciekawe, dlaczego zaczęto zdrabniać? Iwiną niegdyś określano iwę, gatunek wierzby. Saal Wiesen oznacza halne łąki, skąd zatem pomysł na Iwinę? Może fonetycznie brzmi trochę podobnie?

    Iwinka to szósty tysięcznik zaliczony podczas tej wyprawy. Następnym jest Rudawiec (1106 m n.p.m.), czwarty co do wysokości szczyt Gór Bialskich.
       
      Kiedyś było to Rothe Sümpfe czyli Czerwone Bagno a dla Czechów to Polská hora.  Jak pokazują mapy, pomiędzy polskim punktem pomiarowym przy słupku granicznym a czeskim, kilka metrów od granicy, jest pół metra różnicy  (1106,4 - 1105,9).

    Pomiędzy Rudawcem a następną górą jest siodło, skąd rozchodzą się dróżki na polską i czeską stronę. Zielony szlak jednak idzie dalej wzdłuż granicy.

    Następne wzniesienie to także graniczny wierch a mianowicie Rude Krzyże, dla Czechów Kunčický hřbet (1054 m n.p.m.).

    Oczywiście pojawiająca się w mapach nazwa Rude Krzyże jest tłumaczeniem dawnej niemieckiej nazwy Rothe Kreuze. Jednak oficjalnie po wojnie góra ta po polsku została nazwana Kotelnica.

    Nadszedł moment opuszczenia granicznego szlaku i po odszukaniu ścieżki w kierunku północnym ruszyłem na następną, już dziewiątą górę. Trawiasta, nieoznakowana dróżka zawiodła mnie na Orlika (1068 m n.p.m.).

    Góra zwana jest także Jaworową Kopą, ale Orlik  brzmi fonetycznie podobnie do urlich a Hoher Urlich to dawna jego nazwa, no i w Monitorze Polskim z 1949 roku jest Orlik.

    Dziesiątym, następnym i zarazem ostatnim wierzchołkiem jaki zaliczyłem podczas tej eskapady, była Jawornicka Kopa, na starych mapach nie wyróżniany, bo uznawany za część Hoher Urlicha. Niestety nie dane mi było odnaleźć tabliczki, chociaż w sieci ją widziałem. W każdym razie pokręciłem się po wierchu odchodząc w bok od dróżki, jak sugerował namalowany napis na drzewie; JK i strzałeczka.

   Podążałem więc za strzałkami.

    A te doprowadziły mnie do podmokłej polany, gdzie tuż nad oczkiem wodnym, na drzewie był tą samą farbą namalowany krzyżyk. Porównując z mapami, miejsce wydaje się właściwe.

    Z Jawornickiej ścieżka prowadzi prosto na Suchą Przełęcz i drogę bitumiczną zwaną Drogą Marianny (Orańskiej - Mariannen Strasse).

    Schodząc z przełęczy biłem się z myślami na temat wejścia na Czernicę. Słońce powoli, acz nieuchronnie chyliło się ku zachodowi a jak wiadomo w lesie zmierzcha prędzej, więc ostatecznie zrezygnowałem z Czernicy, wszak byłem tam stosunkowo niedawno. Na skrzyżowaniu zatem zszedłem z Drogi Marianny na Czarnobielski Dukt. Co ciekawe "za Niemca" to właśnie dzisiejszy Czarnobielski Dukt był kontynuacją Drogi Marianny a to co teraz jest jej ciągiem dalszym zwało się Joachim Albrecht Strasse. Tak czy owak dalej było już tylko z górki, przyjemną doliną Bielawki.

    Przy drodze, na zboczu można zaobserwować sporej wielkości skałę pokrytą żółtym osadem, wyglądającą z daleka jakby ktoś celowo sprayem to zrobił. To Szarogłaz (Grauer Stein).

     Trochę niżej, na Bielawce, znajdują się małe zbiorniki retencyjne.

    Po drodze jest jeszcze chatka przypominająca garaż, ale to przez te drzwi.

    Wewnątrz warunki od biedy sypialniane. Jest przecież dach nad głową.

   I wraz z potokiem wpadającym do Białej Lądeckiej ponownie znalazłem się w Nowej Bieli. Wycieczka miała się ku końcowi.

    Zaliczyłem dziesięć bialskich tysięczników w towarzystwie pięknej pogody i przez pewien czas w kompanii miłych ludzi. W okolicach Jawornickiej Kopy słyszałem odgłosy strzałów a później zobaczyłem sprawców strzelaniny, dwóch myśliwych przemieszczających się z flintami między drzewami. Dobrze, że nie wzięli mnie za dzika, bo o takich sytuacjach już się słyszało, gdy myśliwi mylili człowieka ze zwierzem. Ale z drugiej strony, niebieski dzik to rzadkość.







3 komentarze:

  1. Świetna sprawa. Wreszcie chociaż dzięki wybranym zdjęciom zobaczyłem, jak jest tam jesienią. Wiem że to nawet w ułamku nie przybliży realnego odczucia, ale...zawsze serce się raduje ;)
    Niby minęły tylko dwa lata od naszej wędrówki po tych szlakach, a już za nimi tęsknimy. Naprawdę. Spokój i odosobnienie Gór Bialskich i Złotych potrafi dotknąć. Wygląda jednak na to, że nie prędko tam zawitamy.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Po Złotych a właściwie Rychlebských już w tym roku chodziłem, Bialskich w planie nie mam, bo terminarz załadowany po brzeżek innymi kierunkami, ale jak się postaram, to być może znajdę jakiś temat na tegoroczne Bialskie i coś się urodzi. Na ten długi weekend, jak pogoda nie zwariuje, to planowo Orlickie.

    OdpowiedzUsuń