sobota, 24 września 2016

GÓRA MARII... ALBO DWIE





    Bardzo często szukając pomysłu na wycieczkę otwieram mapę i wodząc po niej wzrokiem czekam, aż go coś przykuje. Tym razem zaintrygowała mnie nazwa Ściana Samobójców, co sprowokowało mnie do szukania informacji na ten temat. Dowiedziałem się, że ten frapujący termin odnosi się do wschodniego, stromego stoku pewnej góry. I tyle. Wcale stąd nikt nie skakał celem odebrania sobie życia a wszelkiego typu ryzykanci też tu nie zaglądają, bo wolą skalne, ciekawsze ściany a nie zadrzewione pochylnie. Tak czy owak, mimo braku historii, znalazłem w okolicy jeszcze inne, ciekawsze miejsca, które połączyłem ze sobą na mapie i ruszyłem w drogę.
     Rzecz się dzieje przy drodze 383 pomiędzy Walimiem a Rościszowem (Pieszycami), gdzie szosę wygina o 180 stopni. Jest tu parking. Kiedyś znajdowało się w tej okolicy wiele zabudowań wsi Kaschbach (dziś Potoczek, cześć Rościszowa), obecnie jest tutaj tylko jeden dom.

    Zniszczonym asfaltem podchodzę coraz wyżej do następnego parkingu, przy Polanie Potoczkowej, gdzie przechodzą szlaki: czerwony i czarny.

   Zanim pójdę nimi na północ, udaję się  kawałek na południe zobaczyć, co zostało ze stacji narciarskiej pod Wielką Sową. Krajobraz jak po bombardowaniu.

    Po drodze znajduje się studnia, nawet ładna. Może jak wrzucę pieniążka i wypowiem życzenie to się spełni?  Albo wyjdzie utopiec pogadać.

    Jeszcze nie tak dawno temu było tu schronisko Bacówka pod Wielką Sową. Został jedynie bałagan.

    O tym, że był tu kiedyś ośrodek narciarski mogą zaświadczać dwie rzeczy: narty...

    ...i wyciag.

    Ostał się jeno budyneczek służbowy obsługi wyciągu.

    Nawet zbiornik wodny taki biedny. Zasila go potok Kłomnica spływający z północnego stoku Wielkiej Sowy, z którym będę miał jeszcze przyjemność później się spotkać.

    Z Polany Potoczkowej można czarnym szlakiem w około godzinę dojść na Wielką Sowę ale jak wiadomo miałem inne plany i uderzyłem na północ. Zboczem doliny Kłomnicy podchodziłem coraz wyżej czerwonym i czarnym szlakiem  a wokół odsłaniały się coraz ładniejsze widoki. Wielka Sowa.

    Trochę wyżej szlak czarny ucieka na Przełęcz Walimską a stamtąd schodzi zielony dołączając do czerwonego i wspólnie przechodzą drogę 383.

    Polna droga wśród pastwisk prowadzi malowniczymi łąkami z widokiem, za plecami oczywiście, na Wielką Sowę.

    A także na wielką krowę. A może byka?

    To piękny odcinek szlaku, lubię wysokie łąki. Co jakiś czas pojawiają się drzewa ale nie zasłaniają okolicy lecz dodają jej uroku.

    Po lewej stronie dróżki dwie góry blisko siebie, Ostrzew (Spitz Berg) oraz Kokot (Der Hahn). Jeszcze nie wiedziałem, że znajdę się na tej drugiej.

    Blisko po prawej jest wierzchołek góry z kępą, który w wielu mapach, łącznie z Geoportalem, figuruje jako Góra Marii.

    W jednej z map (Sygnatura) Góra Marii pojawia się w dwóch miejscach oddalonych od siebie w linii prostej o kilometr. W związku z tym, że jestem w takich sprawach dociekliwy, pogrzebałem w różnych mapach i już wiem. Ale o tym później.
    W niedalekiej odległości za tą Górą Marii jest następne wzniesienie, w dodatku "łyse", toteż wdrapałem się nań w celu ogarnięcia okolicy. A tam Wielka Sowa na horyzoncie i pod nosem pierwsza Góra Marii.

    Łąki niestety kiedyś się kończą i zaczyna się las. Już na jego początku jest rozdroże Kuźnica, gdzie szlaki, którymi szedłem rozchodzą się. A Kuźnica (Schmiedegrund) to nazwa nieistniejącej już tutaj dawnej kolonii Rościszowa.

    Dalej idę czerwonym aż do Kamiennego Pomnika stojącego przy drodze.

    Poświęcony on jest dawnemu nadburmistrzowi Świdnicy Rudolfowi Thielemu. Trudno się domyślić, gdyż nie ma tu żadnej informacji. Kiedyś była umieszczona na nim tablica, która zaginęła ale podobno w 2011 roku została odnaleziona. Dobrze by było, gdyby trafiła na swoje miejsce.

    Tuż prze pomnikiem jest słabo zarysowana dróżka w dół, którą zacząłem schodzić lecz opuściłem ją wchodząc między drzewa, aby dojść gdzie zamierzałem, niewielkie wzniesienie ze skałkami - Niedźwiedź.

    Na szczycie rośnie drzewo, chyba buk, na którym ktoś białą farbą napisał niemiecką nazwę Bärenstein.

   Choć od południa wejście na górę nie przysparza problemów, to północna strona jest dużo bardziej stroma. Chodząc po wierzchołku próbuję złapać jakieś widoki między drzewami ale z marnym skutkiem.

    Dostrzegłem jednak coś interesującego. Na skale wyryty był pewien znak i raczej nie chodzi tu o symbol szczęścia.

    Wróciwszy do pomnika miałem zamiar iść nazad do rozdroża ale zobaczyłem tabliczkę na drzewie, niedaleko za pomnikiem i poczułem się zaproszony. Na Kokota.

    Droga zaprowadziła mnie na wierch ale niczego z niego nie widać. Po prawdzie to nie spodziewałem się rewelacji, po prostu góra zaliczona.

    Różnymi ścieżkami, zmieniając kierunki, zszedłem z góry i dotarłem do rozdroża ze szlakami, ale w dalszą drogę nie ruszyłem żadnym z nich. Wybrałem dróżkę idącą grzbietem opadającym ku południu. Tak trafiłem na wzniesienie ze Ścianą Samobójców.

    To właściwa Góra Marii mierząca około 668 m n.p.m. Skąd ta pewność? Ze starej niemieckiej mapy, gdzie ten wierzchołek zwie się Marien Höhe. Mapa wydawnictwa Plan też podaje, chyba jako jedyna, ten wierch, nazwę i wysokość. Na wschód nie idę aby sprawdzić szumnie nazwany stok, ale mam widok w tę stronę. Góra Olbrachtówka i za nią zabudowania Dzierżoniowa.

    Zbliżam się do krańca grzbietu na południu, który stromo opada do doliny Kłomnicy. Na tym stoku znajdują się grzędy skalne a jego nachylenie jest znacznie większe niż Ściana Samobójców. A może to tutaj powinna być umiejscowiona rzeczona ściana?

    Dużo tu skałek, zszedłem nawet trochę niżej aby pooglądać je z bliska. No stąd spaść bym nie chciał.

    Mogłem ścieżką zejść na zachodnią stronę, jednakże mnie interesowało jeszcze coś po przeciwnej i trawersując slalomem stok, powoli schodziłem w dolinę. Wreszcie stanąłem nad skałą co się zwie Światowid.

    Skała jest przy drodze tuż przed ostrym łukiem, przy którym znajduje się plac, z którego widać wschodni stok Góry Marii czyli Ścianę Samobójców. Wrażenia to na mnie nie robi.

    Idę główną drogą w kierunku Rościszowa i po kilkudziesięciu metrach po lewej dostrzegam skałkę, tym samym opuszczam drogę i schodzę za nią do potoku Kłomnica, na którym znajduje się nieduży wodospad.


    Fajne miejsce, szkoda tylko, że coś tu nie pasuje. Opona niestety nie dodaje plastyczności obrazowi natury.

    W potoku sporo rumoszu ale i też jakichś śmieci. Po ulewach nieźle to musi wyglądać.

    Po wyjściu na drogę dalej szedłem niestety asfaltem. Ponownie przechodziłem obok Światowida i podchodziłem coraz wyżej. Miałem w planie jeszcze jedno miejsce do zobaczenia; przy drodze, na mapie jest piktogram oznaczający jaskinię. Chciałem to sprawdzić i jak się okazało są to dwie jamy wykonane ludzką ręką.

     Po przeciwnej stronie drogi znajdują się ruiny dawnych zabudowań wsi Kaschbach i myślę, że te jamy mają z tym jakiś związek.

    I tak wzdłuż potoku docieram do punktu wyjścia, który jest też stacją końcową tej eskapady.

     Wygląda więc na to, że Góra Marii jest jedna i jak to bywa często w podobnych przypadkach, ktoś kiedyś pewnie coś pomylił, błędnie umieścił a potem bezkrytycznie inni to powielali. Nie pierwszy raz spotykam się z taka sytuacją i myślę, że nie ostatni.




 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz