sobota, 18 czerwca 2016

NAROŻNIK, KOPA ŚMIERCI, SKAŁY PUCHACZA




    Mam miłe wspomnienia z wędrówki sprzed kilkunastu lat i chcąc je ożywić zdecydowałem się znów przejść jednym z najpiękniejszych, moim zdaniem,  odcinków szlaków w Sudetach. Myślę przede wszystkim o walorach widokowych ale także o otoczeniu i jakości wędrówki. Chodzi o odcinek niebieskiego szlaku z Przełęczy Lisiej do Sowich Skał o długości około trzech i pół kilometra, krawędzią stoliwa.
 Przez Przełęcz Lisią wiedzie droga wojewódzka 387 a dokładniej Szosa Stu Zakrętów i przy niej, właśnie na przełęczy, znajduje się parking. Tu zaczynam.

    Prawie od początku zaczyna się podejście pod Narożnika leśną ścieżką i prawie od razu pojawiają się formy skalne tak typowe dla Gór Stołowych.

    Tuż nad skałkami pojawiają się pierwsze widoki. Co istotne, te są jeszcze na wschodnią stronę, co nie będzie już możliwe w dalszej przechadzce. W oddali Góry Sowie.

    Dziesięć minut drogi z przełęczy jest już wierzchowina z pierwszym punktem widokowym, na którym trzeba być ostrożnym, gdyż nie ma zabezpieczeń, jak wszędzie zresztą.

    Na zachodzie widok na "Sawannę Afrykańską" z Rogową Kopą a za nimi najbardziej wystająca Krucza Kopa.

    Na północy Skalniak i obydwa Szczelińce.

    I właśnie zachodnie widoki z domieszką południowych będą mi towarzyszyły podczas tego marszu. A co chwilę są tu na skraju jakieś skałki, z których można podziwiać krajobraz.

    Wędrując wierchem Narożnika co raz wchodzę na jakąś skałkę robiącą za punkt widokowy aż wreszcie dochodzę do kulminacji gdzie znajduje się słupek geodezyjny.

    No właśnie, Narożnik - miejsce piękne i tragiczne zarazem. Tu 17 sierpnia 1997 roku rozegrał się dramat.

   Para studentów, wędrowców takich jak choćby ja, została zamordowana z broni palnej, nie wiedzieć czemu ani przez kogo. Do dzisiaj nie ma odpowiedzi na tę zagadkę. Na jednej ze skał umieszczona jest pamiątkowa tablica.

    Najwyższy punkt Narożnika (Eckstein-851 m n.p.m.) trochę mi przypomina plac miejski. Z jednej strony, niczym budynki kilkumetrowe skały, pośrodku dwa klomby, wokół nich ronda.

    I panoramy. Wprawdzie ciągle te same ale przyjemne dla oka.

    Rajza na południe dostarcza co chwilę miłych wrażeń, bo i skałki, i widoki.

    Sąsiednią górą, do której się zbliżam  jest Kopa Śmierci a na widnokręgu widać Orlicę w Górach Bystrzyckich, bliżej natomiast Grodziec z Grodczynem we Wzgórzach Lewińskich.

    Ponieważ najlepsze widoki są ze skraju toteż trzeba być bardzo ostrożnym i skoncentrowanym przy stawianiu każdego kroku. Na siodełku między wzniesieniami znajduje się jedna wysunięta skałka, na którą wszedłem ze zdwojoną uwagą.

   Widoki za to przednie.

     Urwisko pode mną też robi wrażenie, kilkanaście a może i więcej metrów.

     Podejście pod Kopę Śmierci  jest łagodne i nie przysparza trudności. Za sobą zostawiam Narożnik z niezliczoną liczbą skałek.

    Kopa Śmierci to brzmi groźnie. Niemiecka nazwa Totenkopf oznacza jednak trupią czaszkę i prawdopodobnie nawiązuje do którejś skały o takim właśnie wyglądzie. Co prawda na szczycie jest jakaś skała ale mi ona czerepu nie przypomina, chociaż możliwe, że coś przeoczyłem.

    Idąc dalej niebieskim szlakiem napotyka się grupę bloków skalnych, między którymi przechodzi się jak przez wąwóz.

     Nie sposób schodzić ze ścieżki na każdy możliwy taras widokowy (szlak prowadzi lasem w pewnej odległości od krawędzi stoliwa) ale na niektóre można się skusić, zwłaszcza, że prowadzą tam ścieżki.


    Grodziec, Orlica, Malá Deštná a w dole Łężyce z kościołem.

    Droga stopniowo zmienia kierunek na wschodni, potem nawet na północny by po przekroczeniu Kamiennego Potoku nawrócić znów na południe.

     Schodzę nieco ze szlaku aby przejść nad Trzmielową Jamą. To lej wyżłobiony przez płynący Kamienny Potok. Z góry niewiele widać.

    I tak płynnie przechodzę na Skały Puchacza (Sowie Skały) gdzie można czerpać radość z patrzenia.  Dwie naturalne platformy widokowe oddzielone przepaścią, pozwalają cieszyć wzrok w znacznym zakresie.

    Góry Orlickie, często widywane w czasie tej wędrówki.

    Na południu stołowogórska Góra Św. Anny, trochę dalej Wolarz i Smolna w Górach Bystrzyckich a hen daleko masyw z Czarną Góra, Śnieżnikiem i Małym Śnieżnikiem.

    Pod stopami mam przepaść. Tu w dole kiedyś działał kamieniołom. Dawno temu. Pomyślałem sobie, że dobrze by było przejść kiedyś tamtędy, pod skałami. Może w przyszłości.

    Ze Skał Puchacza szlak niebieski doprowadza na rozdroże, którędy przechodzi także zielony.

    Chwilę idą razem ale w końcu niebieski schodzi w dół do Łężyc. Teraz trzymam się zielonego.

    Jeszcze tylko jeden rzut oka z wysokości i zacznie się schodzenie z górnego piętra stoliwa.

    Wschodni stok stoliwa jest zdecydowanie łagodniejszy niż południowe i zachodnie urwiska więc zejście jest spokojne a prowadzi do doliny pomiędzy Sowimi Skałami a Urwiskiem Batorowskim, którą płynie Mostowa Woda.

    Po dojściu do drogi szlak zielony przekracza ją i wspina się nad Urwisko Batorowskie. Na tym rozdrożu zaczyna się też króciutki niebieski łącznik biegnący drogą pod górę.

    Wybieram łącznik.

    Pięćset metrów wyżej, pod górą Zbój, jest duże skrzyżowanie. Oprócz rowerowych przebiega tędy szlak żółty.

    Jest to także południowa granica rezerwatu przyrody Wielkie Torfowisko Batorowskie.

    Ala dla mnie to miejsce najbardziej znane jest z map, gdzie oznaczony jest kamień graniczny Sechskant. To nic innego jak kamienny graniastosłup o podstawie sześciokątnej.

    Na dalszą trasę miałem trzy opcje. Żółtym na zachód, żółtym na wschód, Zerówką na północ. Wybrałem pierwszy wariant ale tylko do pierwszego rozdroża.

    Tu przeskoczyłem na zielony a droga, na którą wkroczyłem nazwana jest na niektórych mapach "Dylówką" (Plan, Sygnatura). Przejrzałem swoje stare papierowe mapy a także Messtischblatt oraz Geoportal i nigdzie tej nazwy nie spotkałem. Skąd się zatem wzięła i od kiedy?

    Mam pewną logiczną teorię. Szlak zielony skręca w pewnym momencie w lewo i biegnie w stronę Skał Puchacza. Droga jest prościutka i prowadzi po odeskowanym podłożu czyli po... dylówce. Pomost ten ma ponad trzysta metrów długości i myślę, że to od niego ktoś nazwał drogę, tylko umieścił ją trochę niewłaściwie.

    Na mapie droga zwana "Dylówką" wygląda na dobrą zatem zostawiłem zielony i podążałem dalej, mając nadzieję wyjść w okolicach Białych Skał. Zaczęło się dobrze.

    Po pewnym czasie połową drogi płynął strumień. Pomyślałem, że to chwilowe, wszakże nie było go na mapie.

    Faktycznie, było to chwilowe. Dalej woda zajmowała już nie pół a całą drogę, a ja po wysokiej trawie brzeżkiem się przedzierałem. Wprawdzie według map płynie wzdłuż drogi Kamienny Potok ale jego bieg jest trochę inny.

    Najrozsądniejszym wyjściem było opuszczenie tej drogi na pierwszym rozstaju, który na szczęście się trafił, i podchodzenie suchą coraz wyżej. Tym sposobem znalazłem się ponownie na Narożniku.

     Tak to już jest, czasem ciekawość doprowadzi do jakiegoś odkrycia a czasem wywiedzie w nieznane, ale zawsze z tego jest jakaś nauka. A wiedza i doświadczenie są bezcenne.
  Dalej, z Narożnika to już prosto na dół, na Lisią Przełęcz.

    Mimo, iż wyprawa całkiem nie przebiegła po mojej myśli, to przynajmniej poznałem nowe miejsca, w które raczej więcej się nie zapuszczę. Ale nigdy nie mówię nigdy.




2 komentarze:

  1. Też uwielbiam ten szlak i jego najbliższe otoczenie. Tak się złożyło, że chodziłem tam głównie jesienią- niezapomniane przeżycia.
    Tylko jeszcze nie mogę przyzwyczaić się do tych nowych drogowskazów. Są takie jakieś za "sterylne" i zbyt czyste. Ale to pewnie kwestia wyrobienia ;) Cóż, po tych starych, mocno klimatycznych, pozostały zatem jedynie wspomnienia i...fotografie.

    P.S. Ta Dylówka potrafi być mokra. Tam po odbiciu w lewo, równolegle płynie chyba Kamienny Potok, który po deszczach potrafi mocno zalać drogę.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te nowe drogowskazy wydają się być solidne zatem być może postoją długo a z czasem nabiorą sznytu stołowogórskiego, wrosną w krajobraz i będą nieodłączną częścią tutejszego klimatu jak stare kamienne drogowskazy czy dawne kapliczki. Dobrze, że są drewniane a nie metalowe lub (o zgrozo) plastikowe. Bo w Sudetach potrafią postawić konstrukcyjne koszmarki.
      Dziękuję i pozdrawiam.

      Usuń